O małżeństwie, czyli dwoje szalonych

with 2 komentarze
Ludzie nie zaklepują sobie innych ludzi. Podejmują świadomą decyzję, że będą z nimi. To wymaga wiary. Rysujesz koło na piasku i zgadzasz się w nim stać i wierzyć w nie. [Zadie Smith, Łowca autografów]
Skończył się właśnie nasz miesiąc miodowy, a obiecałam wpis o tym jak „jak to teraz jest w małżeństwie”. Zacznijmy więc od początku.


Przygotowania

Zawsze mnie dziwiło, że na wybór zespołu, restauracji i strojów weselnych poświęca się mnóstwo czasu, a na przygotowanie do samego ślubu czy poznanie swoich wartości, marzeń czy przekonań, jakoś mniej i potem można się zdziwić jak ta lama na obrazku. My przed ślubem słuchaliśmy świetnych „Pachnideł” o. Szustaka, które właśnie o związkach mówią. I pamiętam fragment, który zapadł mi w pamięć: że cały sens w ślubie w kościele, to przyznanie, że nie umiemy kochać tak jakbyśmy chcieli i poproszenie o pomoc Boga, który wchodzi w tą relację i mówi „dawać mi to, ja się tym zajmę!”.

Piękno prostego gestu.

W kościele urzekła mnie prostota gestu zawiązania naszych rąk stułą i proste (choć niełatwe bo odważne przecież) słowa przysięgi. Małżeństwo to jedyny sakrament, którego udziela się sobie nawzajem. „I to już” pomyślałam? Byłam wzruszona, ale pewna jak nigdy w życiu tego, czego chcę. Teraz gdy zaczynamy się złościć na coś nieważnego, jedno z nas (to danego dnia mądrzejsze), pokazuje drugiemu obrączkę. I zwykle działa bez słów. 

Nasza liturgia i nasi bliscy.

Dwa lata temu zarzekałam się, że nie chcę dużego wesela, tylko małe przyjęcie. Ostatecznie mieliśmy wszystkie tradycyjne elementy – piękne błogosławieństwo od Rodziców, orkiestrę, oczepiny, romantyczną sesję zdjęciową, przejęłam też nazwisko męża i bardzo się z tego cieszę. Myślę, że takie rytuały są dla mnie ważne, aby odczuć taki moment zmiany, przejścia, świętowania z bliskimi. Jednak jestem tradycjonalistką! Nasi bliscy włączyli się też w samą mszę – przeczytali czytania, modlitwę wiernych, byli świadkami ślubu. Niektórzy nawet nieoczekiwanie zaśpiewali  „Ciebie prosimy”. I niesamowite uczucie, kiedy ważni dla Ciebie ludzie, których znasz z różnych miejsc i w życiu nie marzyłam o tym, że się spotkają, mogą poznać się nawzajem i polubić: „Zobacz, Ciebie kocham, Ciebie uwielbiam, Ciebie znam od dziecka, To Moja Mama i Siostra, poznajcie się wszyscy, cieszcie się z nami i módlcie się za nas”. (A po ślubie z tymi co w Krakowie możemy razem chodzić na mecze, tańce i burgery i to też jest świetne uczucie, takie poszerzenie kręgu wsparcia!)

Niespodzianki.

Nie obyło się też bez niespodzianek, dzięki czemu moja kontrolująca i organizująca część uczyła się odpuszczać i śmiać. W dzień ślubu otrzymaliśmy telefon, że wokalista zespołu złamał obojczyk (zamiast niego zaśpiewał równie fajny, ale stres się pojawił). Godzinę przed ślubem kolejny telefon od zespołu:

-„Dzwoniłem już do pani narzeczonego i chciałem spytać o to samo, czy nie mają może państwo w okolicy pożyczyć akordeonu? Zapomnieliśmy spakować”
-„Hm… no niee…. Ale resztę instrumentów macie?”
– „No tak, to nic, dziękujemy, będziemy za chwilę”
– „Mamo wyobrażasz sobie, nie wzięli akordeonu i pytają się czy mamy, może im jeszcze wiolonczelę kurde pożyczyć od sąsiada?”
– Mama: „Ale my mamy akordeon, u Adama w pokoju”.
 [kurtyna]

Z innych atrakcji: przez chwilę myśleliśmy też, że zgubili się goście z Sopotu, (potem się odnaleźli po zwiedzaniu pięknego Rzeszowa), a kierowca pomylił drogi i zawiozł gości w przeciwnym kierunku, ale wszystko dało się naprawić. Z miłych niespodzianek dostaliśmy mnóstwo wspaniałych książek (zamiast kwiatów), z których żadna się nie powtórzyła! I życzenia od przyjaciół, którzy przyjechali specjalnie na mszę, chociaż nie mogli być na weselu! Nawet deszcz nam nie przeszkadzał, bo zbiorowe zdjęcie pod kościołem z kolorowymi parasolkami wygląda świetnie! Najwspanialszą niespodzianką był jednak…. występ chóru gospel złożonego z naszych gości!! Kiedyś wymknęło mi się, że marzę o flash mobie (to taka uliczna akcja tańczących ludzi, którzy zaskakując niczego niespodziewających się przechodniów) ,przy innej okazji mówiłam bez większej nadziei, że super byłoby zaprosić na wesele chór gospel. No i mieliśmy 2 w 1. Występ wspaniałego chóru do piosenki z musicalu z Whoopi Goldberg „Zakonnica w przebraniu” – tutaj link do oryginału: „I will follow him”,  ale weselne wykonanie było o niebo lepsze – na zmianę śmiałam się i płakałam i tańczyłam z gośćmi. Zespół dostał swoją nazwę „PopMusic” i musiał bisować przy „In the jungle” !!! Takiego szalonego i spontanicznego tańca, w który włączał się kto chciał, dawno nie widziałam!
Wieczór minął bardzo szybko, mieliśmy czas się pobawić, zadumać i porozmawiać. Rano na śniadaniu z gośćmi w hotelu, czuliśmy się jak gospodarze małego dworku. Może zorganizujemy tam też którąś okrągłą rocznicę?

Słodka codzienność.

I co teraz? Po amoku miesiąca miodowego? Wszystko robimy razem po raz pierwszy – wspólna podróż, pierwsze małżeńskie kino, kolacja, rocznica zaręczyn, przedstawianie M. jako męża, przedstawianie się nowym nazwiskiem. Cieszymy się z prostych rzeczy, np. herbaty w sprezentowanym czajniczku, kolacji z przepisu z książki kucharskiej, którą dostaliśmy. Nawet spowiedzi po ślubie są inne: M. dostaje w pokucie modlić się za mnie, ja zrobić coś dobrego dla męża. Są też oczywiście pierwsze małżeńskie kłótnie, doprecyzowywanie, czy mówimy tym samym językiem, co to dla Ciebie znaczy „szacunek”. 
Przyrzekać komuś, nie wiedząc, co się stanie za 5, 10, 20 lat, że zawsze się go będzie kochać, szanować i być mu wiernym, to po ludzku patrząc, dzikie szaleństwo. Ale czuję się inaczej, pewniej, poważniej, godniej. Może to moc sakramentu i może też świadomość, że przyrzekliśmy sobie coś i tylko od nas zależy jak tą przysięgę wypełnimy. Bo miłość, to nie tylko romantyczne uczucie, ale też bardzo przyziemne działanie: ścielenie łóżka, kiedy mi się nie chce, słuchanie, co działo się w pracy, kiedy jestem zmęczona i wybór baterii pod prysznic, kiedy wszystkie wyglądają tak samo. Czuję wagę naszej decyzji, radość i oczekiwanie, że teraz się zaczęło na poważnie!
Macie jakieś porady dla młodego małżeństwa, by dalej było pięknie?
Follow Kasia Frużyńska:

Jestem psychologiem, trenerem i coachem. Wierzę, że ludziom chce się mądrze kochać, sensownie pracować i dobrze odpoczywać. W swojej pracy pomagam ludziom lepiej się porozumiewać, mniej stresować, łączyć pracę i życie rodzinne, spełniać swoje cele i marzenia. Zapraszam do kontaktu! www.zblyskiemwoku.pl

  • Piękny tekst Kasiu:) Żeby było pięknie to nie mam żadnej rady, ale żeby nie było nudno powinniście sobie zafundować dziecko. A najlepiej całą gromadkę:)